Exit Wounds R-1

11:39

(1998)

Wypija drink za drinkiem, dopóki wszystko dookoła nie zamienia się w kolorową masę od zawrotów głowy, dopóki nie może już skupić myśli, a słowa nie układają się w spójną całość - tak jest dobrze.
Podnosi się ze stołka za barem i poprawia sukienkę, żeby znowu zakrywała tyłek. Nie ma nikogo, kto powiedziałby mu, że jest pijany i powinien wracać do domu. ''Jest trzecia w nocy, ta dzielnica jest niebezpieczna, zwłaszcza dla ciebie''.
Ktoś łapie go za ramię.
- Masz ochotę na taniec? - Zielone oczy i blond włosy, zawroty głowy jeszcze się nasilają, Brian tonie i nie może złapać tchu. Zastanawia się, czy skończą w obskurnej łazience czy w jego mieszkaniu, może nawet zrobią to w aucie, teraz, zaraz.
Tańczą, wszystko wiruje, przystojniak nie może oderwać od niego rąk, jest gorąco i duszno. 
Jest dobrze, myśli Brian, kiedy zamykają się w łazienkowej kabinie i pieprzą, a potem zapominają, że kiedykolwiek istnieli dla siebie w tym klubie.
Tak jest dobrze.

***

Brian mocniej owija się płaszczem; jest czwarta, chłodny poranek w parku, na ziemi i ławkach leżą śniegowe zaspy. Wziął coś w klubie od zielonych oczu i blond włosów - chyba ma bad tripa. Wszystko mieni się odcieniami czerwieni i z zakamarków umysłu słyszy rzeczy, o których natychmiast chce zapomnieć. Wymiotuje, wstrząsają nim dreszcze. Znowu nisko upadł, ale nie potrafi tego przyznać przed samym sobą.
- Dziewczyno, dobrze się czujesz? - Jakiś facet niepewnie podchodzi, jakby Brian był zwierzątkiem, które łatwo spłoszyć. Może to prawda. W naćpanym umyśle kiełkują obrazy. Jak wydobywać z siebie dźwięki, jak formułować słowa? Zapomniał wszystko, więc (wydaje mu się) macha ręką lekceważąco i szybko się oddala. Nie powinien zrzucać swoich własnych ciężarów na przypadkowych ludzi, tak zawsze mówiła mu matka. Czas się wreszcie do tego zastosować.

***

- Brian?
Otwiera oczy. Zbyt głośny sygnał karetki z zewnątrz, dzieci wydzierające się na siebie nawzajem, monotonny dźwięk budzika gdzieś zza ściany. Głowa mu pęka, to pierwsze co rejestrują zmysły, potem czuje chłód kafelków na skórze i nieznośny, kwaśny smród. I nagle do niego dociera.
Leży na łazienkowej podłodze w swoich własnych wymiocinach, a nad nim stoi nie kto inny jak Stefan - Brian żałuje, że dał mu kiedyś zapasowe klucze do swojego mieszkania.
- Nie będę pytał, co znowu ze sobą zrobiłeś, stary. Za dziesięć minut musimy być na pieprzonym wywiadzie.
Chce mu się płakać. Wie na pewno, że nigdzie dzisiaj nie pójdzie. Nie ma mowy, żaden ton i spojrzenie Stefana go nie przekonają. 
- Chyba umieram.
- Sam to sobie zrobiłeś.
Brian chce tylko spać i nigdy więcej nie słuchać prawdziwych stwierdzeń z ust gitarzystów. Nigdy.

***

- Brian, musisz przestać.
Udaje, że nie słyszy. O co w ogóle chodzi? Pewnie o narkotyki. Zawsze chodzi o narkotyki, więc i tym razem można to olać, prawda? 
Chwila ciszy, znudzone dłubanie widelcem w talerzu z jajecznicą, w końcu Brian podnosi głowę i patrzy na Stefana, siedzącego po drugiej stronie stołu. Są w kuchni tego pierwszego; w powietrzu unosi się zapach dopalanego jointa.
- Za dużo myślisz.
- Co?
Stefan wzdycha i robi minę wyraźnie mówiącą, że ma dosyć. Może nawet za chwilę ktoś oberwie. Brian prawie się uśmiecha, ale w końcu tylko patrzy tępo, co chyba jeszcze bardziej denerwuje gitarzystę. To te narkotyki, myśli Brian. Życie gwiazdy rocka.
- Za dużo myślisz i to doprowadza cię do takiego stanu.
Więc o to chodzi. Znowu chodzi o jego psychikę, znowu to samo, może i rozwalił koncert tydzień temu, ale przecież było lepiej. Przypomina sobie, kiedy ostatnio zażył leki - nerwowo skubie bandaże na nadgarstkach. Pustka w głowie.
- Odwal się, Stef, dobra? - Wcale nie ma ochoty się kłócić; to tylko jego niewyparzona gęba, która mówi, dopóki właściciel nie dostanie w twarz. Ostatnie dźgnięcie jajecznicy widelcem i Brian gwałtownie wstaje od stołu. 
- Dobrze wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej.
Brian wpada we framugę, a kiedy odzyskuje pion, wściekle kieruje kroki do sypialni. Stefan nie idzie za nim.
- Całe moje życie to jedno wielkie pasmo niepowodzeń, wiesz - stwierdza Brian, całkiem dramatycznie (i głośno, żeby było go słychać w kuchni) i chowa głowę pod kołdrę. Może zostanie tam na jakiś czas i zwyczajnie się udusi.
Stefan nie odpowiada.

***

Siedzą w salonie i żaden nie patrzy na drugiego; Brian maluje paznokcie, Stefan wbija wzrok w ścianę.
- Nigdy tego nie chciałem.
- Co?
- Być takim... - Brian nie może znaleźć słów. Maluje prawie połowę serdecznego palca na czarno, nie da się opanować drżenia rąk. - Wiesz, ciągle tylko uciekam. Przed wszystkim.
Ciężka chmura niepewności wisi nad nimi przez długi czas, Brian w końcu zostawia paznokcie w spokoju.
- Chcę to wszystko zmienić, ale zwyczajnie nie potrafię.
Później zasypia z głową opartą o ramię Stefana, wszystkie niedomówienia ciągle ciążą na sercach.
- Poradzimy sobie z tym razem.
Chyba nic więcej nie można zrobić.

***

Brian stoi przy oknie z kieliszkiem whisky w jednej dłoni i papierosem w drugiej. Śnieg pięknie iskrzy się w słońcu.
Kocha Stefana. Kocha go naprawdę, nie tak jak te wszystkie dziewczyny i chłopaków w jego łóżku na jedną noc, ale rozbolała go głowa i coś w klatce piersiowej, kiedy zdał sobie z tego sprawę. Stefan miał być przyjacielem z zespołu, i jasne, od czasu do czasu mogliby się pieprzyć. Ale to, co czuje teraz Brian jest naprawdę nie na miejscu. Nawet nie wie, kiedy to się stało - kiedy zobaczył go pierwszy raz, dawno temu, w szkole? W metrze w Londynie? Kiedy dostrzegł go wśród publiczności na swoim występie w tamtym pubie? Podczas jednej z tych nocy, nie tak dawno temu, kiedy rozmawiali o wszystkim i niczym leżąc na podłodze w jego mieszkaniu? 
Miłość jest skomplikowana, myśli Brian. Trzeba ją pielęgnować zupełnie inaczej niż przyjaźń, i boli kompletnie odmiennie od przyjaźni. Miłość jest niebezpieczna, nie można się zapuszczać w te rejony i on bardzo długo trzymał się tej świętej zasady. A teraz wszystko się zmieniło.
Gasi papierosa - po chwili słychać dźwięk przekręcanego w drzwiach zamka.
- Chciałeś porozmawiać? - Stefan wchodzi do pokoju, rozczochrane włosy i zmięte ubrania; spieszył się, telefony o piątej rano nie są w końcu normalne.
- Dzisiaj mijają trzy miesiące mojej terapii.
Stefan rzuca okiem na szklankę do połowy napełnioną whisky. Wokalista opróżnia ją jednym haustem.
- Faktycznie.
- Daj spokój, muszę ci coś powiedzieć.
Więc Stefan jak zwykle zamienia się w słuch, a Brian momentalnie zapomina wszystkie wymyślone wcześniej plany jak zacząć.
- Ciągle jestem niestabilny.
Stefan długo milczy.
- Może taki po prostu jesteś.
- Wiesz, że robię to wszystko dzięki tobie? Pamiętam to uczucie, kiedy zobaczyłem cię w szkole, w metrze, w tamtym pubie na moim koncercie, pamiętam jak patrzyliśmy na gwiazdy, wiesz że ja chyba... - Brian kończy równie gwałtownie jak zaczął. 
Nie można tego powiedzieć na głos, a Stefan nie naciska.

You Might Also Like

0 komentarze

Popular Posts