Exit Wounds R-6 END

12:00

Brian stoi na balkonie, oparty o barierkę; Ma na sobie tylko za duży, czarny sweter, sięgający mu do połowy ud. W dłoni trzyma zapalonego papierosa.
- A gdybyśmy posadzili tu kwiaty? - pyta, nieznacznie odwracając głowę w stronę Stefana, stojącego w drzwiach.
Stefan nie chce kwiatów.
- Jeśli by ci się to podobało.
- Nie zajmowałbym się nimi i pewnie by umarły. Dlatego nigdy nie miałem zwierzątka. - gasi papierosa na barierce i rzuca nieodpałek gdzieś na trawnik pod nimi, nadal zasypany śniegiem. - Kiedy to stopnieje, wszyscy zobaczą psie kupy i górę fajek, które tutaj wypaliłem.
Basista podchodzi i całuje go - Brian smakuje tytoniem i czerwonym winem, którego lampkę wypił parę chwil temu.
Dzwoni telefon.
Czy to wszystko może się skończyć inaczej? Stefan zastanawia się, każdego dnia, czy naprawdę chce to robić. Czy chce tak bardzo zranić Briana, czy chce dodać kolejne pęknięcie do jego już i tak roztrzaskanego serca. Jednocześnie wie, że to nieuniknione. Popełnił głupotę, żeby dać wokaliście odrobinę szczęścia i czy będzie ich to kosztowało może nawet cały zespół, całą karierę, na którą tak ciężko obaj pracowali? Nie umie sobie odpowiedzieć na tyle własnych pytań, więc jasne jest, że nie będzie umiał zrobić tego również dla Briana.
- Nie odbierzesz?
- Nie. To pewnie nikt ważny.
Jest tutaj, teraz, z nim. Może poudawać, że wszystko jest na swoim miejscu. Że to wszystko jest proste.


***


Stefan wreszcie mówi, o co chodzi, i spływa na niego ulga, która trwa, dopóki Brian nie wpada w szał; Wywraca stół, rozbija lampę, sięga do szafek i wyrzuca zastawę, talerze i szklanki roztrzaskują się na podłodze. Krzyczy - Stefan nie może rozróżnić słów, w końcu zdaje sobie sprawę, że to nieskładna wiązanka przekleństw pod jego adresem.
Brian opada na kafelkowaną podłogę w kuchni. W ich wspólnej kuchni. Na pewno obija sobie kolana, jest przecież taki chudy. Trzęsie się, obejmuje samego siebie ramionami i Stefan nie może już na to patrzeć. Brian wygląda żałośnie, jakby rozpadał się na miliony kawałeczków, jak te talerze i szklanki. Łzy spływają mu po policzkach, rozmazując tusz do rzęs.
Dzwoni komórka, więc Stefan odwraca się i wychodzi, odbierając połączenie.
I wtedy się budzi. Jest jeszcze noc, a może już wczesny, zimowy ranek, nie potrafi stwierdzić. Brian oddycha miarowo, spokojnie, leżąc tuż obok niego.
Stefan próbuje zapomnieć koszmar, wyrzucić z głowy obrazy.
- Brian. - potrząsa nim.
- Cooo? - burczy wokalista ledwo słyszalnie. Nie otwiera oczu, tylko naciąga kołdrę pod sam nos.
Stefan się uśmiecha. Briana zawsze trudno wyciąga się z łóżka, a kiedy już komuś udaje się ten cud, przynajmniej godzinę trzeba wysłuchiwać narzekań.
- Spędźmy ten dzień, jakby jutro miał się skończyć świat, dobrze?
- W takim razie daj mi jeszcze spać.


***


Leżą na podłodze, Brian na Stefanie, opierając głowę na jego torsie. Przez uchylone okno do pokoju wpadają drobne płatki śniegu, ale żaden z nich się tym nie przejmuje.
- Wybaczyłbyś mi nawet najokropniejsze zbrodnie?
- To zależy, wiesz. Jakie na przykład?
Stefan długo nie może znaleźć słów, żeby odpowiedzieć.
- Kochałbyś mnie, gdybym zdeptał ci serce? - głaszcze Briana po włosach. Zastanawia się nad każdym wypowiedzianym zdaniem. - Kochałbyś mnie tymi zmiażdżonymi resztkami?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że tak. - Molko podnosi głowę i patrzy mu prosto w oczy.
Stefan odwraca wzrok.


***


- Mam kogoś innego.
Brian nadal leży i patrzy w sufit. Mruga kilkakrotnie, nie odpowiada. Jakby w ogóle nie słyszał, co Stefan przed chwilą powiedział.
Basista wstaje, ubiera się i wychodzi.
Nie wraca po chwili. Ani po godzinie. Nie wraca w ogóle.


***


- Brian, przepraszam. Za to, co ci robiłem i co zaraz ci zrobię. Nigdy tego nie chciałem, okłamywać cię tak okrutnie. Wydawało mi się, że to dobre zagrywki, ale po tych wszystkich latach zrozumiałem, że to najgorsze, co mogłem zrobić. Nie chcę cię skrzywdzić, ale Jego krzywdy obawiam się bardziej, dlatego... Posłuchaj, od 94 jestem z kimś innym. I to Jego teraz wybieram. Zresztą, zawsze wybierałem Jego. Przepraszam. Naprawdę przepraszam.
Brian raz za razem odtwarza tę wiadomość na automatycznej sekretarce.
Nie może przestać, nawet kiedy ledwo udaje mu się wziąć oddech przez łzy.

'- Wybaczyłbyś mi (...) gdybym zdeptał ci serce?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że tak.'

Coś w środku, w nim, pęka. Wszystko topi się jakby ktoś zbliżył płomień do kartki papieru. Ma ochotę krzyczeć; Jak ktoś mógł zabrać im to co stworzyli, te kwiaty na balkonie, te pocałunki, patrzenie w gwiazdy, spojrzenia i gesty.
Do Briana dociera, że od początku to wszystko nie należało do niego. Te piękne kłamstwa, te wszystkie lata.


You Might Also Like

0 komentarze

Popular Posts