Butterflies & Hurricanes R-5
07:58
(2003)
Brian
śpi w moim pokoju hotelowym; Nie mogę oderwać od niego wzroku,
wygląda tak drobno w tym wielkim, królewskim łóżku.
-
Jest ósma rano… - klękam na podłodze, całuję go w odsłoniętą
szyję, szczękę, potem w kącik ust i skroń. Krzywi się i odwraca
ode mnie, naciąga kołdrę po sam czubek głowy. - O dziewiątej
mamy sesję.
-
Mhmm.
Pochylam
się, ściągam z niego kołdrę zdecydowanym szarpnięciem. Brian
głośno wzdycha, łapie mnie za rękę i ciągnie w dół z
zadziwiającą jak na kogoś zaspanego siłą. Całuje mnie, dopóki
nie brakuje nam powietrza, a potem przylega do mnie, jego ramiona
ciasno wokół mojej szyi.
-
Śniłem, że odchodzisz. - szepta tak cicho, że ledwo rozróżniam
słowa.
Chcę
mu powiedzieć, że nie odejdę – po części byłaby to prawda,
ale po części kłamstwo, a kłamałem już za długo wcześniej,
tyle lat. Całe nasze życie razem to kłamstwo, na dodatek bolesne.
Ale czy każde takie nie jest? Nie mamy przyszłości. Nie mamy
nawet teraźniejszości.
Milczę
za długo.
-
Nie mów mi, że musisz.
-
Bri…
Odsuwa
się ode mnie, gwałtownie sięga po paczkę papierosów i zapalniczkę, zakopane gdzieś pod naszymi ubraniami, rozrzuconymi na
podłodze. Odpala fajkę, zaciąga się. Nie chcę widzieć, jak
trzęsą mu się dłonie, znowu go przytulam, chowa twarz w zgięciu
mojej szyi.
-
Chcę z tobą zostać. - słowa niemal więzną mi w gardle.
Całe
nasze życie razem to złość, rozczarowanie, złudne nadzieje.
Wiem, że nie musi tak być, że wszystko zależy ode mnie. Jak
cienka jest granica między miłością a nienawiścią, kiedy Brian
w końcu ją przekroczy? Czemu nie daję mu jasnych odpowiedzi, czemu
brnę w tę chorą grę – to coś w nim, nie potrafię mu odmówić,
niszczę go kawałek po kawałku, jestem świadom konsekwencji. Chyba
w ogóle go nie kocham, to tylko toksyczne przyciąganie – ta myśl
odbiera mi oddech.
*
* *
(Londyn)
-
Mam wrażenie, że nie potrafię robić nic innego, wiesz? Umiem
tylko śpiewać.
-
Mógłbyś robić milion innych rzeczy. - nie podnoszę wzroku;
przeglądam jakiś muzyczny magazyn, ale tak naprawdę nie mogę się
skupić, jestem oddalony od siebie, od tego mieszkania. Od Briana. -
Jesteś mądry.
Molko
prycha, a ja wreszcie na niego patrzę. Opiera się o kuchenny blat,
od razu zauważam koło niego butelkę czerwonego wina I pusty
kieliszek.
-
Zamierzasz pić?
-
A jak myślisz? - niemal od razu nalewa sobie alkoholu, jak zwykle
pierwszy kieliszek pije w zastraszającym tempie. Obserwuję go
uważnie, w końcu Brian pyta, czy chcę się napić razem z nim.
Zgadzam się, bo wiem, że inaczej wypije całą butelkę sam, a to
nigdy nie kończy się dobrze.
Brian
ma dziwny humor; Nie potrafię dokładnie tego opisać. Odkąd
wróciliśmy do domu, na jego ustach majaczy cień uśmiechu, ale
widzę ten uśmiech bardzo jako szyderczy. Ma zmarszczkę między
brwiami, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał, jakby był
zmartwiony. Wydaje mi się (nie, jestem tego pewny), że wiem co ma w
głowie.
Kiedy
na lotnisku, przed drogą powrotną, dostałem telefon i powiedziałem
tylko ‘nie czekaj na mnie na lotnisku, wrócę późno’ Brian
stał za mną, chociaż wydawało mi się wcześniej, że pokazuje
swój paszport przy biurku. Oczywiście wcale nie wróciliśmy późno
– była 8 rano, kiedy wylądowaliśmy w Heathrow. Brian był
zmęczony, wszyscy byliśmy, ale on wyjątkowo marudził, powtarzał,
że nienawidzi samolotów, prawie spadł ze schodów, kiedy
wychodziliśmy z lotniska, żeby złapać taksówkę. Mimo wszystko z
ust nie schodził mu ten dziwny pół-uśmiech.
Teraz
leżymy na kanapie w jego mieszkaniu; Brian na mnie, leniwie kreśli
jakieś znaki na moim odkrytym ramieniu. Pachnie alkoholem i papierosami, jak zawsze.
-
Co z…? - pyta cicho i chociaż nie kończy wiem, o czym mówi. O
kim.
-
Muszę…
Zamyka
mi usta pocałunkiem; Tak naprawdę nie chce wiedzieć.
*
* *
Budzę
się w łóżku sam, Stefan pojechał do swojego mieszkania w środku
nocy, chociaż nawet nie wiem kiedy dokładnie, spałem. Wrócił do
niego, do tamtego. Nie chcę o tym myśleć, więc zaparzam sobie
czarną kawę (nienawidzę czarnej kawy) i siadam na podłodze w
salonie, przeglądając szkice tekstów i melodii.
Nagle
widzę coś zupełnie niepasującego do chaosu muzyki – Kartka z
pismem Stefana.
Wybieram
Jego. Zawsze wybieram Jego, nieważne jak bardzo okrywam swoje serce
lodem i drutem kolczastym, jak kłamię, raz za razem.
Krótka
notatka, a ja czuję, jak topnieję w środku, rozpływam się,
wypełnia mnie gorące uczucie czegoś, czego nawet nie potrafię
nazwać. Od razu myślę, mam nadzieję, że to wyznanie dotyczy
mnie, nikogo innego, chociaż gdzieś z tyłu głowy mały głos
krzyczy ‘jesteś idiotą, że robisz sobie nadzieję!’.
Co
ta kartka robiła między moimi tekstami piosenek?
Nagle
się budzę, leżę sam w swoim łóżku. Patrzę na puste miejsce
obok siebie, poduszki nadal pachną Nim. Serce bije mi za szybko,
słyszę ten dźwięk w klatce piersiowej, czuję to bicie uderzające
w żebra, panika ogarnia mnie całego.
Biorę
zimny prysznic i powtarzam sobie raz za razem, że to tylko zmęczenie
po podróży.
*
* *
Późnym
wieczorem, kiedy udało mi się uspokoić paroma butelkami piwa,
słyszę klucz przekręcany w zamku drzwi wejściowych.
-
Cześć. - Stefan uśmiecha się pogodnie, jakby wcale mnie nie
zdradził (mnie?), jakby wcale nie był jeszcze przed chwilą u kogoś
innego, jakby wracał ze spaceru. Wyobrażam sobie, że się kochali,
na pewno, w tym samym łóżku, w którym parę lat temu robił to ze
mną. Skóra kurczy mi się na głowie, robi mi się niedobrze.
-
Nudziłem się. - mówię, wciskając głowę między kolana. Siedzę
na podłodze w salonie; Nie miałem odwagi sięgnąć do
porozrzucanych kartek z melodiami i tekstami. Irracjonalny strach po
głupim śnie wcale nie pomagał w pozbyciu się uczucia, że
wszystko we mnie się rozpada.
-
Jak było? Wiesz, z nim. Mam nadzieję, że wziąłeś prysznic, nie
chcę czuć go na tobie, tak jak on pewnie nie chciałby czuć mnie.
W końcu żyje w pełni tego kłamstwa.
Stefan
zatrzymuje się w pół kroku, stoi tyłem do mnie. Zauważam, jak
jego ramiona opadają, jak schyla głowę, jakby to co powiedziałem
go przygniotło.
-
Dużo wypiłeś? - w końcu do mnie podchodzi, ma szarą twarz. Robi
ruch, jakby chciał mnie objąć, ale rozmyśla się.
-
Za mało.
-
Jesteś okrutny w tym co mówisz.
-
A ty niby nie jesteś, kurwa, ‘okrutny’? - krzyczę, zrywam się
z podłogi.
Całe
nasze życie razem to ból ból ból. Chcę się go pozbyć, chcę
powiedzieć Stefanowi, żeby odszedł, raz na zawsze. Żeby przestał
robić mi nadzieję na coś, co wiem, że nigdy nie nadejdzie. Ale to
coś w nim… Pragnę go, a ja dostaję wszystko czego pragnę,
zawsze.
Szybko
się uspokajam, siadam z powrotem na podłodze, a on wreszcie mnie
przytula, składa pocałunek na moich włosach.
-
Nie mam już sił na w kółko powtarzane kłótnie. - mówię –
Musisz w końcu wybrać, nie możemy tak żyć.
Jestem
już pewny swoich decyzji – jeśli Stefan tym razem odejdzie, nie
będę próbował zatrzymać go przy sobie za wszelką cenę, tak jak
robiłem dotychczas. Uświadomienie sobie tego sprawia, że robię
się niesamowicie słaby.
0 komentarze