Fairy Tales - He tastes...
05:35
…
like
nectar and salt
Nectar
and salt and apples
He
tastes like fairy tales
Kieren
Walker był najpiękniejszym człowiekiem (a raczej zombie… tak, to
znaczy chorym na Zespół Częściowego Obumarcia), jakiego spotkał
na swojej drodze Simon; Z jego nerwowym skubaniem rękawów, tym, że
nie potrafił usiedzieć pięciu minut w kompletnym spokoju, jego
ciętym językiem i wrażliwością. Mógłby patrzeć godzinami, jak
Kieren maluje, brudząc farbą twarz przy odgarnianiu z oczu kosmyków
włosów, i śmiać się z jego przekleństw, kiedy tylko zdałby
sobie z tego sprawę. Simon nie myślał, że jeszcze kiedyś
cokolwiek, a tym bardziej ktokolwiek będzie znaczył dla niego tyle
samo (a nawet więcej), niż znaczyły narkotyki w pierwszym życiu.
Kieren
był jak heroina.
Kiedy
Prorok kazał mu go zabić, Simon prawie postradał zmysły. ‘’z
jednej strony jest to, w co wierzę, a z drugiej jesteś ty’’,
rozdarty między tym wszystkim, co przywróciło mu namiastkę
rodziny i umożliwiło zapomnienie o przeszłości, a z drugiej ten
chłopak – miłość w martwym sercu Simona. Była jeszcze Amy.
Kochana, niemożliwa, roześmiana Amy, kolorowe ubrania, radość
życia i nie zamykające się usta. Promyk słońca.
-
Hej?
Gdyby
serce Simona biło, prawdopodobnie wyskoczyłoby mu w tym momencie z
piersi. Kieren opierał się o framugę; Jedna ręka na biodrze,
zmarszczka między brwiami i pytające spojrzenie, chociaż to Simon
powinien tak na niego patrzeć – nawet nie słyszał pukania.
Bungalow był cichy, żadnych skrzypień desek podłogi pod stopami,
żadnych głosów. Amy nie żyła, więc dom bez jej obecności także
stał się martwy.
-
… Drzwi były otwarte. – Trochę za szybko wyrzucił z siebie
Kieren (Simon prawie go nie zrozumiał), podchodząc i siadając obok
mężczyzny na łóżku. Sprężyny materaca cicho zaskrzypiały.
Simon
zapatrzył się na niego; Wciąż i wciąż zaskakiwało go, jak
nienaturalnie długie rzęsy miał Kieren. Muskały skórę i rzucały
delikatny cień na policzki, kiedy mrugał. Miał truskawkowe
refleksy we włosach i ciemnobrązowe oczy, jeśli akurat nosił
soczewki kontaktowe, oczywiście. Robił to jednak bardzo rzadko –
powiedział Simonowi, że dzięki niemu nauczył znów patrzeć w
lustro i nie wstydzić się swojego wyglądu. Wywołało to przyjemne
ciepło w sercu Simona, świadomość zmienienia czegoś ważnego w
życiu Kierena, zmienienie jego postrzegania samego siebie.
-
Rodzice pytali, czy przyjdziesz na lunch.
-
A ty oczywiście potwierdziłeś?
Mina
Kierena mówiła ‘’właśnie tak zrobiłem’’, kiedy kręcił
głową.
-
Oni cię lubią, Simon! Chcą cię widywać częściej.
Simon
jęknął i ciężko opadł plecami na łóżko. Naprawdę nie miał
ochoty przychodzić do domu chłopaka. Powody były bardzo jasne –
prawie zabił Kierena i miał wrażenie, że jego rodzice powinni,
zamiast zapraszać go niemal codziennie na obiady, darzyć go
nieufnością i może wręcz nienawiścią. Nawet, jeśli nikt tak
naprawdę nie wiedział, co Simon chciał zrobić. Co był naprawdę
gotów zrobić. Jego czynów nie usprawiedliwiał fakt, że wahał
się sekundę po otrzymaniu rozkazu i kilka sekund przed samą okazją
do wypełnienia go. Poczucie winy ciążyło mu na klatce piersiowej,
ilekroć patrzył Walkerom w oczy.
-
Nie mają za co mnie lubić. – Zakrył twarz dłońmi, żeby nie
musieć oglądać reakcji chłopaka na to, co zamierzał powiedzieć
– Cholera, Kier, nawet ty nie masz za co!
Usłyszał,
jak Kieren szybko odwraca się w jego stronę; sprężyny znów
zaskrzypiały. Przez szparę między palcami dostrzegł, jak twarz
nastolatka stężała w zdziwieniu, powodując, że tym razem między
brwiami powstała spora zmarszczka, a jego usta ułożyły się w
idealne ‘’o’’, co mogłoby wyglądać nawet śmiesznie, gdyby
nie sytuacja – Kieren, w przeciwieństwie do niego, miał bardzo
mimiczną twarz. Simon się skrzywił. Cisza niezręcznie się
przedłużała i atmosfera między nimi momentalnie zgęstniała.
-
Prawie cię zabiłem. Wtedy, kiedy zniknąłem, byłem w mieście i
Prorok… Miałem cię zabić, Kieren.
Rysy
chłopaka złagodniały, w kompletnym przeciwieństwie tego, co
według Simona powinno się stać, ale zdziwienie chyba zastąpił
szok – długą chwilę wpatrywał się w okno, w ciężkiej ciszy,
co tylko pogłębiło panikę Simona – co jeśli naprawdę była to
cisza przed okropną, okropną burzą? Jeśli Kieren postanawiał
właśnie uciec, odejść od niego. Za kłamstwo, nieszczerość i za
tą okropną decyzję, którą Simon podjął. Żałował wyznania,
chociaż przyznanie się sprawiło, że ulga na krótką chwilę
zastąpiła ucisk w piersi.
Na
zewnątrz słońce zaczynało zachodzić za horyzont, zalewając
wszystko bladoróżową poświatą.
-
W ostatniej chwili się powstrzymałem, nie mogłem tego zrobić, bo…
Zamilkł,
kiedy poczuł zimne palce na swoich dłoniach, zmuszające go, żeby
odsłonił twarz. Poddał się niechętnie, z sercem w gardle –
oczekiwał wszystkiego, ale nie tego, że Kieren go pocałuje.
Słodki, krótki pocałunek .
-
Kieren? – Szepnął, nagle ze ściśniętym gardłem.
-
To było coś, w co głęboko wierzyłeś. Nie mogłeś tak po prostu
tego porzucić, prawda?
Simon
poczuł, jak ulga znów spływa na niego; odetchnął głęboko,
chociaż jego płuca już nie potrzebowały tlenu. Przebaczenie,
pomyślał, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w Kierena, tym
razem samemu będąc zdziwionym, on ci przebacza i rozumie. Kieren,
myślący najpierw o innych, a dopiero później o samym sobie (nie
zawsze, tłukło mu się w głowie, nie zawsze, przecież zabił się,
a wszyscy, którzy byli mu bliscy cierpieli. Ale w tym życiu był
czysty, nieskażony, piękny).
-
Chodź, nie powinieneś ciągle tutaj siedzieć. – Kieren zrobił
ruch dłonią, wskazując na puste pokoje bungalowa z zastygłymi w
nich wspomnieniami o Amy. Faktycznie, nie powinien ciągle tutaj
siedzieć. – Powiedziałem rodzicom, że niedługo będziemy.
Simon
pomyślał, że kocha Kierena najbardziej na świecie.
0 komentarze